O mnie

dziewczyna ze słoneczznikamiNigdy nie lubiłam pisać; kartek, listów, potem sms, maili. Od Zawsze wolałam wziąć słuchawkę i zadzwonić. Pisanie było dla mnie nużące, było powielaniem suchych, sztucznych i oklepanych formułek (kartki świąteczne i pozdrowienia z wakacji). Natomiast rozmowa jest „żywa”; słychać emocje u rozmówcy, można wiele wyczytać „między wierszami”….. Historia mojej pracy zawodowej w zdecydowanej większości jeszcze doskonaliła umiejętność nawiązywania i  prowadzenia dialogu. Byłam przedstawicielem handlowym, asystentką, organizowałam i prowadziłam szkolenia, sprzedawałam polisy, kosmetyki, budowałam struktury MLM. Wszędzie mówiłam, rozmawiałam, gadałam, sprzedawałam, opowiadałam, przedstawiałam, prezentowałam. A teraz nagle ten BLOG – mój BLOG. Zbierałam się do niego jak do jeża. Najchętniej bym mówiła, mówiła i żeby ktoś to zapisywał . Ale, czy „moją pisaninę” będzie ktoś czytał…… czy będzie dla kogoś inspiracją do działania, walki….. tyle pytań pojawiło się w mojej głowie….. czy warto pisać? Tak długo o tym myślałam, potem dylematy, rozterki; mnóstwo. Aż w końcu przyszedł ten dzień, kiedy uświadomiłam sobie, że NIKT, nawet ja sama, nie odpowie na te moje pytania. Tylko moje działanie -  jak nie zacznę pisać, to się nie przekonam. W końcu podjęłam decyzję: zacznę to robić! . Był 12 czerwca 2013 r. – czy ten dzień zapisze się jako WAŻNY w moim życiu? Co w nim zmieni? Jeśli to czytasz – już jest super – ktoś mnie odnalazł! Czy tak samo jak ja walczysz każdego dnia z wyzwaniem któremu na imię SM? To trudny, nieprzewidywalny przeciwnik ale………  są gorsi. Ja już o tym wiem, a Ty? Ale nie byłam taka mądra od razu. Kiedy w 2000 roku  zdiagnozowano go u mnie, nie mogłam odnaleźć nic na jego temat. Nawet lekarka bała się poinformować mnie co ustalili, tak, że to ja spytałam: To SM ? Potwierdziła. Nie uwierzycie, ale od dłuższego czasu miałam przeczucie, że go mam. Bo pierwsze objawy pojawiły się dużo wcześniej niż diagnoza; kłopoty ze wzrokiem, z pęcherzem. Ale wtedy nikt tego prawidłowo nie odczytał. Byłam leczona na zapalenie nerwu ocznego; teraz wiem, że zaczyna się tak 90% przypadków SM. I co dalej? Dostałam jakieś sterydy przepisane przy wypisie ze szpitala,  ale biorąc receptę do ręki poczułam tak wielką niechęć, ze natychmiast ją podarłam. Intuicja?

Zaczęłam szperać  w Internecie, żeby „poznać” wroga. Niewiele znalazłam. Nie robiłam tego zbyt gorliwie, bo po 5-cio dniowym potraktowaniu Solumedrolem w szpitalu „przyczaił się” i zachowywał, jakby go nie było. A ja miałam co robić i kim się zająć: mój półtoraroczny synek wymagał i domagał się mojej 24 –godzinnej obecności i opieki. To pozwoliło pierwsze kilka lat po diagnozie o nim zapomnieć. Spełniając się i znajdując szczęście w macierzyństwie odkryłam książki Michała Tombaka traktujące o zdrowym odżywianiu i zawierające receptę na zdrowe życie. Argumentacja w nich zawarta przemówiła do mnie i postanowiłam zmienić radykalnie swoje odżywianie: zrezygnować prawie całkowicie z mleka (wyjątek: trochę do kawy, aby nie drażniła żołądka), całkowicie z mięsa. Moje wykluczenie mleka wywołało wielkie oburzenie; trzeba bowiem Wam wiedzieć, że byłam wtedy matką karmiącą i przepowiadano mi rychłą utratę pokarmu. Nic podobnego – miałam go tyle, że z powodzeniem mogłabym wykarmić bliźniaki! A potem, już po diagnozie, gdy w trosce o mnie – aby niepotrzebnie nie osłabiać – chciano zatrzymać laktację, próby trwały prawie miesiąc, zanim zakończyły się sukcesem. Zaczęłam jeść „świadomie” – żywność jak najmniej przetworzoną, w miarę możliwości pozbawioną polepszaczy, konserwantów i sztucznych barwników. Podstawą  diety stały się kasze – przede wszystkim najzdrowsza jaglana; odkwaszająca organizm, mąka razowa, płatki owsiane, orzechy, nasiona, suszone owoce, ryby. Czyżby znowu intuicja? To teraz standardowe zalecenia przy SM. Mój syn rósł, poszedł do przedszkola, a ja zaczęłam dostrzegać, że dystans, który mogę pokonać – wprawdzie  ledwie dostrzegalnie – jednak zaczyna się skracać……

………. Nie zakwalifikowałam się na leczenie interferonem (ówcześnie kryteria kwalifikacji były dużo ostrzejsze, teraz jest zdecydowanie lepiej; jest nawet refundowany lek, tzw. „drugiego rzutu” dla osób, dla których leczenie interferonami jest nieskuteczne), a medycyna konwencjonalna w tym czasie nie mogła nic więcej zaproponować. Pozostała  tylko rehabilitacja, codzienne ćwiczenia – zapewniam was, TO OBOWIĄZKOWE! i  rewelacyjna dla mnie kriokomora. NFZ refunduje nam 10 zabiegów co pół roku i ja skrupulatnie co sześć miesięcy korzystam z niezaprzeczalnych jej korzyści. O zaletach i tym, że nie wszystkim ona służy, napiszę w osobnym poście. Skupiłam się więc na możliwościach medycyny niekonwencjonalnej, zaletach zdrowego odżywiania i – przede wszystkim – pozytywnym nastawieniu do życia, radości, otaczaniu się ludźmi uśmiechniętymi, życzliwymi. Skończyłam z pytaniami: dlaczego to ja? itp., użalaniem nad sobą. Zaadoptowałam  słowa, które mam nadzieję i tobie pomogą: „Użalanie się nad sobą i swoim losem wzbudza tylko litość, ale walka i działanie przysporzy ci szacunek ludzi a nawet podziw”. Zdecydowanie prę w tą stronę. Owszem, miewam okresy „załamki” i chwilowej depresji (szczególnie zimą – brak słońca), ale wypracowałam środki zaradcze; cieszące mnie rytuały,  życzliwi ludzie, doenergetyzująca muzyka, wartościowe książki, PASJE, którym się namiętnie oddaję (opowiem wam o nich)…… . I to jest mój sposób na życie.

  [fbliked]Insert Your „LIKED” Content Here[/fbliked]


Comments are closed.